Trochę inne podejście niż do szosy - wiadomo, inne realia ścigania. Byłem zmotywowany. Przygotowałem się jak mogłem, mimo wrześniowych problemów. Miłe towarzystwo podczas noclegu, i fajna atmosfera.
Chciałem przetrwać i wreszcie ukończyć jakieś mistrzostwa Polski.
Do przejechania były 3 kółka po 35 km każde. Niby niewiele przewyższeń, jednak trasa mnie zaskoczyła! Krótkie "sztajfy" dały popalić łydkom :)
no i na pierwszym kółku jechałem spokojnie swoim tempem, zachowując siły na kolejne kilka godzin jazdy. Jechałem najpierw sam, potem w 2 osobowej grupce a potem znowu sam. Wjechałem na drugie kółko po drodze zabierając bidon od trenera.
No i na 2 okrążeniu zaczęły się problemy. Wszedłem na bardzo fajne tempo, aż tu nagle widok reanimacji kolarza - nic przyjemnego, a takie coś siada na psychikę..
Chwilę potem sztajfa: zaciągnęło łańcuch i trzeba było go wyrywać, 10 minut w plecy i wybicie z rytmu.
Udało się! Jadę dalej, znowu sztajfa i znów zrzucam na 1 z przodu. To samo. po 15 minutach nie dałem rady wyrwać łańcucha więc zjechałem biegnąc z rowerem, lub odpychając się hulajnogowo do strefy serwisu i bufetu. czyli już ponosząc potężne straty. Tam trener przerwał zbieranie grzybów i pomógł mi naprawić rower. Starty ok 45 minut. Po krótkiej rozmowie postanowiłem jednak powalczyć o ukończenie - w końcu to mistrzostwa Polski. Nie zrzucałem już dalej na 1. Jechałem swoje.
Końcówka okrążenia i znów czułem, że tym razem luzuje się dętka przyczepiona taśmą izolacyjną do sztycy. Nie przeszkodziła mi ona jednak w niczym, bowiem w podobnym czasie zaliczyłem wywrotkę - nie wiem jakim cudem.
Jechałem ok 35 kmh, nagle coś zatrzymało przednie koło i zaliczyłem wywrotkę przez kierę. Nic się nie stało (na tamtą chwilę). Usiadłem zrezygnowany na trawie. następny kolarz spytał czy wszystko ok. Z myślą "Co za wyścig!" Pojechałem dalej.
Było smutno, ale w sumie cieszyłem się ze ten wyścig jest już za mną.
WYNIKI

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz